W dniach 17-19 kwietnia, w Bielsku-Białej, na terenie Akademii Techniczno-Humanistycznej (ATH), odbyły się 8. Dni Wolnego Oprogramowania – jedna z największych tego typu imprez w Europie.

Konferencja – organizowana przez Fundację Mikstura.IT, ATH oraz koło naukowe Reset – nie jest przeznaczona dla wąskiej grupy „jajogłowych” specjalistów. Wręcz przeciwnie, każdy może wziąć udział w wielu przystępnych prezentacjach, warsztatach oraz innych wydarzeniach towarzyszących, które swoją tematyką wykraczają poza wąsko rozumiane zagadnienia techniczne dla wtajemniczonych. Co więcej, nawet tematy techniczne zostały przedstawione w sposób bardzo przystępny dla nowicjuszy i ludzi rozpoczynających swą przygodę ze światem IT.

Stare ale jare – czyli sentymentalna podróż do lat młodości

Uczestnicy tegorocznego DWO mieli możliwość obejrzenia, wypróbowania, a także poznania historii eksponatów Muzeum Komputerów w Katowicach. Otwarte 12 grudnia 2012 roku, muzeum posiada w swoich zbiorach ponad 2000 komputerów. Najstarszy eksponat pochodzi z roku 1911.

Piątek, godzina siedemnasta, początek weekendu. W budynku ATH robi się coraz tłoczniej. Wchodzę na trzecie piętro i nie dowierzam własnym oczom – przede mną kilkadziesiąt muzealnych eksponatów – jeszcze nie tak dawno – obiektów westchnień niejednego nastolatka. Od bardzo prymitywnego urządzenia do gry w Ponga do produktów spod znaku nadgryzionego jabłuszka. Moje oczy zabłyszczały niczym wypolerowane szkło najnowszego iPhone’a. Odwróciłem się szybko, bo ,,chodził’’ za mną ładny zapach – nie, nie był to charakterystyczny zapach nagrzanego plastiku pochodzący od starych urządzeń, ale aromatyczna woń Cappuccino z nutką czekolady, która przy pomocy matrycy przedstawiała w formie posypki maskotkę DWO – sympatycznego pingwinka. Kawa serwowana przez baristę z Włoch – niby coś drobnego, a jednak uprzyjemniającego każdy dzień spędzony z muzealnymi eksponatami. To co najlepsze było jednak dopiero przede mną.

Niejednemu dzisiejszemu trzydziestolatkowi zakręciła się łezka w oku na widok starego działającego sprzętu komputerowego znanego mu z lat dzieciństwa i wczesnej młodości – od komputerów klasy Amiga i Commodore po konsole Pegasus. Któż nie pamięta naprawiania głowicy przed uruchomieniem gry na C64? Cienki i wyrobiony śrubokręt z czerwoną rączką i wprawna ręka kolegi, który z wypiekami na twarzy (od starego kineskopowego telewizora Rubin) „prostował” głowicę, by móc uruchomić grę Boulder Dash.

Choć dziś każdy może użyć emulatora, by uruchomić gry, które prezentowane były w muzeum, zauważyłem, że nie sposób doświadczyć atmosfery tych gier bez oryginalnego sprzętu, na który były przeznaczone.

Ogromną popularnością cieszyły się gry Duck Hunt, Pong oraz Doom. Duck Hunt, czyli strzelanie do kaczek z pistoletu-kontrolera była dość popularną grą na konsolę Pegasus w latach 90-tych. Wielokrotnie dało się zaobserwować jak na przemian grają ojciec i syn. Senior zapewne jeszcze 20 lat wcześniej musiał walczyć ze swoim ojcem o ,,moją kolej’’.

Kolejną rozchwytywaną maszynką był Pong, czyli odbijanie piłeczki paletką. Właśnie partyjka w Ponga z innymi uczestnikami DWO była dla mnie źródłem największej radości osadzonej w sentymentach z przeszłości. Jeżeli dodać do tego, że gra posiadała wiele analogowych przełączników (trybów), które opatrzone były niemieckimi nazwami, a precyzja kontrolera pozostawiała wiele do życzenia – nie dziwi, że przednia zabawa była gwarantowana!

Doom po sieci na starych Macintoshach, które rozgrzane do czerwoności dawały poczuć charakterystyczną woń pożółkłego już plastiku, przenosił z kolei trzech graczy (tyle było komputerów podłączonych do sieci) w niezapomniane LAN-party – coś, co dzisiaj uchodzi już za bardzo oldschoolowe.

Sobotnie porządki wiosenne, czyli jak konserwować stary sprzęt

Choć pierwsza prezentacja miała rozpocząć się o godzinie 09:30, a uczestnicy DWO pojawić się jeszcze później – na trzecim piętrze od samego rana organizatorzy muzeum uwijali się jak w ukropie. Na przekór zmęczeniu, którego nie mogła przemóc kofeinowa dawka Cappuccino.

Urządzenia nie tylko zdawały się przeżywać swą drugą młodość – rzekłbym, że ich witalność rosła z ich wiekiem. Gier do spróbowania było wiele, ale jedna szczególnie przykuła moją uwagę. Choć zawsze marzyłem, by przejść tę grę w lewą stronę, jak na złość i teraz oryginalne „Mario” na konsolę Nintendo odmówiło współpracy. Nieco dalej, inne stanowisko pozwalało jednak na więcej możliwości – kierunek ruchu wybierałem dowolnie. Tak, mowa o „Mario 3D” na Nintendo 64. Był rok 1997 albo1998. Magazyn o grach, „Neo”, od wielu miesięcy zostawiał mnie z trudnym do podjęcia wyborem. Nintendo 64, Sega Dreamcast, Playstation – co wybrać? Jak żyć? Po wielu dyskusjach z bratem wybraliśmy Playstation. Choć dziś „Mario 3D” nie wydawało się mieć tak niesamowitej grafiki jak niegdyś, patrząc na migający obraz telewizora kineskopowego, do którego podłączona była gra, można było wyczuć atmosferę sprzed prawie 20 lat.

20 lat minęło jak jeden dzień – design wczoraj i dziś

Czy zdawaliście sobie sprawę z tego, że w 1956 roku dysk 5MB ważył ponad tonę? Dziś, kiedy producenci prześcigają się w odchudzaniu urządzeń klasy ultrabook, nie dostrzegamy często faktu, jaką moc mają nasze komputery. Podobno wysłanie sondy na Księżyc kontrolował komputer o mocy dzisiejszego kalkulatora. Podobnie, gdybyśmy przenieśli się w czasie z naszym dzisiejszym smartfonem, nasz telefon okazałby się kosmiczną technologią podarowaną nam przez obce cywilizacje.

Komputery klasy PC, które jeszcze niedawno mogliśmy trzymać jedynie w domu, zostały zastąpione przez urządzenia, które stały się nie tylko „przedłużeniem” naszej ręki, ile czymś dyskretnym, małym, działającym „w tle”. Przykładem mogą być tzw. smart bandy – zegarki potrafiące monitorować nasz puls czy fazy snu. Dlatego porównanie ówczesnego sprzętu z dzisiejszym robi na każdym z nas tak ogromne wrażenie. Jednocześnie zadajemy sobie pytanie – „jak oni mogli na tym pracować?!”. Na pocieszenie zostaje fakt, że o naszym sprzęcie to samo powiedzą następne pokolenia.

Jak można przeczytać na stronie internetowej Muzeum, „młodzi ludzie […] mogli „dotknąć” bitów i bajtów, oraz przekonać się, że smartfon, a właściwie jego procesor, kiedyś był olbrzymią szafą, do której transportu potrzeba było kilku osób i samochodu dostawczego”.

Mam nadzieję, że ta namacalna lekcja historii będzie tym cenniejsza, kiedy w następnej części opiszę wyścigi dronów i Internet Rzeczy.

Współpraca: Grzegorz Rduch i Agnieszka Pawlicka